Lucia, ujrzawszy zbliżającą się Stasię, uczuła w swej naiwności ulgę. “Co wśród swoich, to wśród swoich” pomyślała, spoglądając z ukosa na Idziego, który wyciągnął swe państwowe zęby ze szczęki i pomiędzy szczelinami umieścił malutką pluskwę. Następnie zdecydował, że proteza powinna wrócić na swoje miejsce i wsadził ją z klekotem w otwór gębowy.
- Witaj, Luciu! – krzyknęła radośnie Stasia, podchodząc do swej przyjaciółki i obejmując ją.
Starsza kobieta wzdrygnęła się, gdy Stanisławy oddech połaskotał jej szyję, był bowiem strasznie piekący – niby rozżarzony węgiel. I jej oczy! Te oczy! Takie mydlane, zamglone, “korytarz” źrenicy nie czarny, lecz siwawy, wszystko to sprawiało, że Lucię ogarniać zaczęły złe myśli.
- Boisz się, owieczko, prawda? – Eugeniusz schodził z kupy śmieci i deptał starą oponę od Stara 200.
- Niiitaaa… – z ust Luci popłynął skrzek.
- Cóż to za słowo, droga kumo? – Stasia odsunęła się od swej rówieśniczki na odległość dwu kroków i przechyliła ze zdziwieniem głowę.
- Niiiwiii… – “porwana” wytrzeszczyła oczy, bo wiedziała, co che powiedzieć, a nie mogła.
- Eugeniuszu, co się robi z ludźmi, którzy zdają się być furiatami? – Stanisława odwróciła się w stronę władcy śmieci, który właśnie zszedł z piedestału blaszanych, dziurawych miednic.
Maryśka przytuptała bliżej miejsca akcji, co by lepiej słyszeć rozmowę. Jej hulajnoga obijała się o puszki po Lipton Tea, ale w tym momencie śmieci stanowiły najlepszy kamuflaż dla jej szpiegostwa.
- To oczywiste, udają się do podziemi – Eugeniusz wypowiadając te słowa, uniósł palec zachwytu, a palec ten miał kształt sierpowaty.
- Dooopooo… – ostatnie “o” Lucia zaintonowała z przerażenia w górę.
- Ale Eugeniuszu, zapominasz o naszej misji. Potrzebujemy kogoś, kto zdetronizuje Ojca Dyrektora! Ona – tu Stanisława kiwnęła trójkątnym podbródkiem w stronę przyjaciółki – ona by to zrobiła.
- Ona jest za głupia, nie podoła temu zadaniu! Ona pójdzie do podziemi, bo jest wariatką – zdecydował ostatecznie Eugeniusz i pstryknął kościstymi palcami w powietrzu.
Wszystkim obecnym ukazała się czerwona karoca zaprzężona przez śmieciowe konie. Ich głowy wyglądały jak dziurawe sagany, tułowia złożone były z maski poloneza, a nogami stały się słupki od betonowych płotów. Zamiast ogonów konie te miały łachmany wetknięte w blaszane zady. Rżały elektronicznie. Ale sama karoca prezentowała się elegancko. Przez szyby widoczne były dwie okazałe latarnie, oświetlające bordowe, pluszowe siedzenia. Drzwi się otworzyły i Lucia z Eugeniuszem wsiedli do powozu. Stasia bez pożegnania ulotniła się, zdawać by się mogło, z prędkością światła, i choć dziw wielki ogarnął Maryśkę i jej hulajnogę, to bez namysłu podbiegła do czerwonej karety i usiadła na tylnym metalowym “zderzaku”. Tak, zrobiła to bez namysłu, bo tę intrygę obserwował z pozycji wzgórza śmieci kosmetycznych chichoczący złowieszczo Idzi…